ZGINĄŁ ŚMIERCIĄ LOTNIKA ...



Kapitan Robert Kuźma miał 35 lat, pochodził z Lipska - miejscowości oddalonej 12 km od Zamościa. Rodzina Kuźmów jest powszechnie znana i szanowana w Lipsku. Ojciec Adam przez wiele lat był sołtysem wsi, a mama Genowefa - radną w gminie. Wychowali 5 synów.

W sumie w powietrzu spędził za sterami różnych maszyn ponad 2,5 tys. godzin, w tym ok. 700 godzin pilotując samoloty CASA.
- Fantastyczny kolega, zawsze można było na nim polegać. Pamiętam, jak cztery lata temu lecieliśmy razem za koło podbiegunowe. Trafiliśmy na wyjątkowo trudne warunki, silny wiatr, burza śnieżna. Udało się nam wylądować głównie dzięki fantastycznym umiejętnościom Roberta - wspomina kolegę ppłk dypl. pil. Leszek Leśniak, dowódca 13. eskadry lotnictwa transportowego.

Po powrocie z misji na Pomorze, Robert miał w planach krótki urlop.
- Kilkanaście minut przed startem rozmawialiśmy. Umawialiśmy się na narty. Ale już nigdy nie pojeździmy - mówi łamiącym się głosem płk. dypl. pil. Sławomir Żakowski, dowódca 8. bazy lotniczej w Balicach, gdzie stacjonuje 13. eskadra. Robert Kuźma był dowódcą załogi podczas feralnego lotu z Warszawy do Mirosławca. Zostawił żonę.

Dzięki Robertowi otrzymaliśmy piękne zdjęcia Naszej miejscowości zrobione z lotu ptaka.


ROBERT W OCZACH RODZINY I PRZYJACIÓŁ ...


- Wszyscy to chłopy na schwał, o żadnym z nich złego słowa nie można powiedzieć. Zdolni, pracowici, grzeczni, stroniący od młodzieńczych głupot, przez wiele lat służyli do mszy jako ministranci - tylko pozazdrościć takich dzieci. Z Roberta rodzice byli chyba najbardziej dumni, zresztą nie tylko oni - cała nasza wieś - mówi mieszkaniec Lipska.

Zaczynał od modeli
Robert od dziecka pasjonował się samolotami, marzył by zostać pilotem. Skleił dziesiątki tekturowych i plastikowych modeli samolotów.
- Robert był prymusem, takich uczniów nie zapomina się - mówi Emilia Grela z Lipska, wychowawczyni ze szkoły podstawowej.
- A samoloty były jego pasją już wtedy. Malował je, gdzie tylko mógł, nawet tam, gdzie nie powinien, np. obok wypracowania z języka polskiego. "To dla urozmaicenia" - tłumaczył. Pamiętam, jakie układał zadania matematyczne: "Na lotnisku stały 3 samoloty, przyleciało jeszcze 5, ile razem było samolotów na lotnisku ? ".

- Mieszkaliśmy po sąsiedzku, często razem pracowaliśmy nad modelami, właściwie to on zaraził mnie tą pasją - wspomina Sylwek, kolega z klasy.
- Pożyczaliśmy sobie materiały, często biegaliśmy po antykwariatach, żeby dostać "Małego Modelarza". W tamtych czasach nie było łatwo go dostać. Robert później zapisał się do sekcji szybowcowej w aeroklubie. Ja raz poleciałem i stwierdziłem, że to nie dla mnie. On był twardy - wiedziałem, że da radę.

- Robert znakomicie się uczył, ale nie zadzierał nosa z tego powodu - opowiada Agnieszka, która razem z Robertem chodziła do szkoły w Lipsku.
- Wręcz przeciwnie - zawsze na lekcjach podpowiadał nam albo dawał odpisać zadanie. I bardzo lubił sport. Pamiętam, jak raz zaprosił nas na swoje urodziny. Był tort, przyjęcie i... zawody sportowe. Wiem, że w liceum lotniczym i szkole oficerskiej w Dęblinie bardzo dobrze mu szło, był szczęśliwy. Później rzadziej już go widywaliśmy, dużo latał.

Spełnione marzenia
Matczyne serce już 20 lat temu jakby przeczuwało coś złego.
- Nie chciałam, by szedł do liceum lotniczego, ale cóż było robić - strasznie się uparł. Latanie to było jego wielkie marzenie. I został tym pilotem. Widocznie takie było jego przeznaczenie - wzdycha z bólem pani Genowefa.
Razem z Robertem do liceum lotniczego chciał iść jego kolega - Tomek. Nie dostał się. Robert o nim nie zapomniał. Wiele lat później zabrał Tomka na pokład samolotu. Podobno kiedy Tomek wysiadł był "zielony". Powiedział, że więcej już nie poleci.

Rodzice byli bardzo dumni z syna - zarówno liceum jak i szkołę oficerską ukończył ze znakomitymi wynikami. Po promocji na pilota służył w Świdwinie, pilotował bojowe odrzutowce. Później został przeniesiony do Krakowa. W 13 Eskadrze Lotnictwa Transportowego w Balicach latał najpierw rosyjskimi maszynami AN-26. Później usiadł za sterami najnowszego samolotu transportowego naszej armii - bardzo nowoczesnego hiszpańskiego samolotu CASA. Wcześniej w Hiszpanii przeszedł specjalne szkolenie. CASĄ wylatał blisko 700 godzin. W międzyczasie studiował na Politechnice Warszawskiej transport lotniczy. Po przejściu na emeryturę chciał dalej latać, już cywilnymi samolotami.

Dlaczego się rozbili?
Rodzice pilota mają nadzieję, że wojsko dokładnie wyjaśni, jakie były prawdziwe przyczyny katastrofy pod Mirosławcem. Wątpią, by ich syn popełnił jakiś błąd w sztuce.

- Robert miał ogromne doświadczenie, pilotował różne samoloty - mówi ojciec Roberta, Adam Kuźma.
- W powietrzu spędził kilka tysięcy godzin. Latał do różnych krajów. Do Konga, Sudanu, Algierii, Włoch, Niemiec, Ukrainy, a ostatnio do Iraku i Afganistanu. To były misje wojskowe i humanitarne. Startował i lądował w znacznie gorszych warunkach atmosferycznych, niż te w chwili wypadku, i znakomicie dawał sobie radę.

Rodzice o wypadku dowiedzieli się od synowej. Robert dopiero 2 lata temu ożenił się. Jego wybranka także pochodzi spod Zamościa - z Szewni w gminie Adamów.

- Ach, co to był za ślub - mnóstwo przyjaciół, kolegów z wojska, rodzina. Koledzy wyskoczyli na spadochronach z samolotu i wylądowali przy parze młodych z kwiatami. Proszę spojrzeć, Robert wspaniale wyglądał w mundurze - pani Genowefa pokazuje ślubne zdjęcie syna.

Zaraz po tragedii ze Stanów przyleciał młodszy brat porucznika, Damian.
- Jak to dobrze, że spotkałem się z Robertem w ostatnie święta - mówi Damian.
- Wcześniej długo się nie widzieliśmy. Rozmawialiśmy tylko przez Skype. Ostatni raz dzień przed wypadkiem - we wtorek.


Zgodnie z wolą rodziców Roberta, kapitan został pochowany w rodzinnej miejscowości, na cmentarzu parafialnym w Lipsku.
- Tu wszyscy go znali, tu leżą jego przodkowie. A my będziemy mieć blisko do niego - tłumaczą.


ZOBACZ GALERIĘ ZDJĘĆ
Otwórz plik